księga gości


2006
lipiec
czerwiec
luty
2005
grudzień
listopad
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
luty
2004
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec



beżeceństwa codzienne

2006-07-23 01:02:15
Święty spokój

Gdyby była zima, byłoby mi łatwiej. Żadnych much, żadnych mrówek, włażących pod przepoconą koszulę. Jedynie cisza i śnieg, i tylko czasem wygłodzone wrony przypominałaby mi krakaniem, że jeszcze żyję. Nie przychodziliby ci wszyscy ludzie, zbierający się jak sępy nad padliną. Zimą każdy siedzi w domu i pilnuje własnego kubka z gorącą herbatą. Zimą nikogo nie obchodzi, co się dzieje za oknem. Najważniejsze, żeby telewizor nie śnieżył i nie zabrakło drewna do pieca. Zimą każde okno pali się niebieskim światłem odbiornika, bo ludziom musi wystarczyć życie bohaterów seriali zamiast życia ich własnych sąsiadów. Tak, gdyby była zima, byłoby zupełnie inaczej.

Wychudzony człowiek na widok aparatu fotograficznego schował głowę pod koc. Coś majaczył.
Nazywa się Stanisław K. Kiedyś miał tu dom.


Zawsze wyobrażałem to sobie tak:
Wychodzę z domu, ubrany w kożuch po ojcu, ciepłą czapkę uszatkę, szalik i rękawiczki. Po kiego grzyba mi ten kożuch, rękawiczki i czapka? Nie wiem. Może to głupia nadzieja na łagodniejszą śmierć.
Więc wychodzę z domu i idę na długi spacer. Śnieg sięga do kolan. Idzie się ciężko, jak w głębokim piachu. Tym lepiej - szybciej się zmęczę, szybciej ogarnie mnie senność. Mijam ostatnie domy we wsi. Odprowadza mnie szczekanie rudego kundla, uwiązanego na łańcuchu. Ten pies zawsze szczeka, ilekroć tamtędy przechodzę. A szczekaj sobie, szczekaj. I tak mnie nie zatrzymasz, myślę.
Idę wzdłuż szosy, aż do łąki, na której stoi lampa uliczna. Postawili ją chyba w siedemdziesiątym dziewiątym, kiedy był tu jeszcze sklep. Sklep po dwóch latach diabli wzięli, ale lampa została. Ludzie rozkradli cegły i dachówki. A lampy ruszyć nie sposób. Więc stoi do dziś, bo jeszcze się taki we wsi nie narodził, który by wiedział, jak z niej zrobić cichcem pożytek.

Dziś leży na skraju lasu w pobliżu domków jednorodzinnych. I właśnie właściciele tych domów już od ponad dwóch tygodni się nim opiekują. Pomagają, bo on sam nie da rady nawet wstać.
- Czołga się po trawie. Z rana leży na słońcu, wieczorem chowa się do drewnianej wiaty - opowiada Jadwiga R.
Ludzie przynoszą mu jedzenie i picie. Niektórzy go nawet myją i przebierają.


To miejsce upatrzyłem sobie już zeszłej jesieni. Już wtedy chodziła za mną ta myśl - położyć się pod lampą w śniegu i zasnąć. Zagrzebać się w miękkiej zaspie i nie myśleć o niczym. Zimą nikt tędy nie jeździ, droga na Supraśl jest w innym kierunku. Mógłbym leżeć w śniegu co najmniej tydzień, zanim ktoś by mnie znalazł. A tydzień na zamarznięcie powinien przecież wystarczyć.

Trzymam się kurczowo myślami tej lampy ulicznej. Odkąd pamiętam, bałem się ciemności. Matka zostawiała w moim pokoju zapaloną lampkę. Gasiła ją, kiedy już spałem. Może ten strach już przeszedł, może już z tego wyrosłem. Kto wie, może mógłbym już usnąć po ciemku jak człowiek? Zabrakło mi odwagi, żeby to sprawdzić. Wiem jedno - nie chcę umierać w ciemności. Położę się z dala od lampy, ale na tyle blisko, żeby widzieć jej światło.

- On robi pod siebie, latają tam muchy. Kto wie, na co jest chory - denerwuje się Czesława A., kolejna sąsiadka mężczyzny. - On kona 50 metrów od naszych domów, biegają tu dzieci. Wolimy go umyć niż zachorować na żółtaczkę.

Kiedy umierała moja babcia, co wieczór kazała pielęgniarce zostawiać zapalone światełko nad zlewem w kącie sali. Ta kobieta niczego się w życiu nie bała - ani dzikich psów, ani lasu po zmroku, a już najmniej szalejącego w alkoholowym amoku dziadka. Wysoka była, postawna, zadziorna jak mało która we wsi. A jednak w szpitalu uparła się na to nocne światełko, jakby miała nadzieję, że jasność i śmierć wzajemnie się wykluczają. Matka wyczuła bezbłędnie ten strach i zarządziła dyżury nocne w szpitalu na zmianę z ojcem.
Babcia zmarła po dwóch tygodniach, przymocowana do szpitalnego łóżka cieniutką rurką z tlenem, biegnącą tuż nad jej wargami. Śmierć przyszła nocą, kpiąc sobie z tandetnego światełka nad zlewem. Przysypiający na krześle ojciec wychwycił nagle syk tlenu, uchodzącego z rurki pod babcinym nosem. Wtedy dotarło do niego, że to już, że to koniec nocnych czuwań przy szpitalnym łóżku. Wyjął z metalowej szafki gromnicę, zapalił knot. Dopiero po krótkiej modlitwie wybiegł na korytarz, by zameldować pielęgniarkom o śmierci pacjentki. Kiedy jedna z nich zajrzała do sali, przeraziła się nie tyle widokiem zmarłej, co płonącej obok jej łóżka świecy. Śliniąc w pośpiechu dwa palce, zgasiła gromnicę i syknęła w stronę ojca:
- Oszalał pan? Toż tu się tlen ulatnia! Ekspresem chciał pan babcię do nieba wysłać?!

Dlaczego ja nagle o tej babci? Głód odgrzebuje dziwne wspomnienia. Nie stać mnie na inny rodzaj dobrowolnej śmierci. Zniknę stopniowo, w ciągu miesiąca. The final countdown: 68, 57, 54, 49 kilogramów. Jest coraz zimniej i coraz więcej włosów zostaje na kocu.

Przymiarki do śmierci zdarzały mi się już wcześniej. Kilkunastosekundowe zanurzenia w wannie lub wycieczki windą po obcych wieżowcach, by się upewnić, czy ósme piętro na pewno wystarczy. Raz czy dwa kładłem się nawet w lesie w przypadkowych jamach - leżałem godzinami na wznak, splatając tępo ręce jak do trumny. Gdyby samych myśli starczyło, już dawno bym nie żył. Od prawdziwej śmierci powstrzymywał mnie tylko żałosny strach. Nie przed piekłem, nie. Bardziej przerażała mnie myśl, że kiedy stanę twarzą w twarz ze Stwórcą, On pokręci smutno głową i powie: oj, Stachu, Stachu, a ja miałem takie plany wobec ciebie.



*Zaznaczone cytaty pochodzą z archiwum GW (03.08.05)
skomentuj (2)

2006-06-13 00:03:46
Nie po drodze

Sobota, centrum miasta. Popularne „szczęki” przed sklepem osiedlowym. Rzucam okiem na stoisko z bielizną. Kiedy dotykam czarnych majtek, łysiejący sprzedawca nagle mruczy pod nosem:
- No tak. Dziś tylko czarne schodzą. Jak żałoba, to żałoba.
Podnoszę wzrok znad taniej bielizny. Mężczyzna ma zaszklone oczy. O nie, o nie, o nie. Nie chcę słuchać o zmarłych teściowych, dzieciach czy sąsiadkach. Trza uciekać gdzie pieprz rośnie.
- Jak oni mogli tak przegrać, jak oni mogli… - głos sprzedawcy powoli przechodzi w szloch. - Trzy dni będę się zbierał do kupy po tym meczu. A jak już się zbiorę, to znowu przegrają z Niemcami. Cały następny tydzień też w żałobie… To bierze pani te czarne…?
- Zerknę jeszcze u sąsiada, może wrócę – rzucam w pośpiechu na odchodne.

Przystanek autobusowy, kilka minut później. Wygrzebuję z torebki gumę do żucia. I już, już mam zamiar włożyć ją do ust, gdy podbiega do mnie jakaś starowinka. Obłęd w oczach, silny zapach amoniaku czuć chyba po drugiej stronie ulicy. Zapiera się pod boki i cedzi napastliwym tonem:
- A raka chce?
- Słucham?! – pytam grzecznie. Przesłyszałam się, mur beton się przesłyszałam. Niemożliwe, żeby wiedziała, że tato…
- Pytam: a raka chce? - ciągnie hardo babcia. - Bo od gum do żucia rak w krtani, wiesz? W telewizji podawali…
Coś jeszcze mówi. O podróży pociągiem. O tym, jak uciekała przed panem, który ją tymi gumami częstował. Nie słucham już. Bełkoczę „wszystkiego dobrego” i wsiadam w pierwszy lepszy autobus. To nic, że nie po drodze.

skomentuj (3)

2006-02-23 12:31:56
Antygra

Ja: Masz chęć na szybką partyjkę w skrable?
Kornel: Nie lubię skrabli, ale jak chcesz, to możemy w gomoku.
Ja: Ałć. Nie umiem w gomoku.
Kornel: A ja nie za bardzo w skrable.
Ja: No to żeśmy pograli…;-)
Kornel: Moglibyśmy w szachy, ale też nie umiem.
Ja: Moglibyśmy – gdybym i ja umiała.
Ja: Mam pomysł!
Ja: NIE POGRAJMY w szachy, o! Zgoda?
Kornel: No to zaczynamy!
Ja: Ty masz białe.
Ja: Nie ruszaj.
Ja: Już?
Kornel: A teraz twój nie ruch.
Ja: Teraz ja nie ruszam czarnymi.
Kornel: Ruszyłaś, ruszyłaś, widziałem, wygrałem:)
Ja: Oż Ty!
Ja: (A miało być tak dyskretnie, no…)
Kornel: To co, jeszcze raz?
Ja: Sekundka, zadyszkę mam. To bardzo wyczerpująca gra…
Kornel: Bo nie trzeba tak szybko nie ruszać pionkami. Trzeba spokojnie czekać:)
Ja: :)
Kornel: To w sumie jest wiele gier, w które możemy razem nie grać.
Ja: Warcaby…
Ja: Domino…
Ja: Bierki!
Kornel: A to akurat umiem.
Ja: Ja też umiem, ale nie lubię:)
Kornel: No to nie gramy!:)
Ja: Tajest!
Kornel: To znaczy: gramy, bo jak nie gramy, to tym samym gramy.

skomentuj (3)

2005-12-25 17:29:05
przesłyszane

Prawosławny sąsiad, gościnnie w roli Mikołaja, zwraca się do 5-letniej bratanicy:
- No, Kinga, ale za ten prezent musisz mi coś zaśpiewać.
- A może być piosenka o rzepie? - dopytuje się pięciolatka.
- Może - zgadza się łaskawie Mikołaj.
Uradowane dziecko natychmiast intonuje: "...rzepa nna czysta, rzepa nna czysta porodziła Syna..."

skomentuj (1)

2005-12-13 03:13:48
Hibernacja

Tyle się dzieje, pani, tyle się dzieje.
Dwa tygodnie temu do mieszkania chyłkiem wkradła się Mucha. Zbagatelizowałam sprawę. A niech sobie lata na zdrowie, myślałam. Wleciała, to i wyleci. Nie będę przecież brudziła muszymi zwłokami białych ścian nowego mieszkania.
- Ile taka mucha może żyć? - zaniepokoiłam się, kiedy dotarło do mnie, że Mucha najwyraźniej postanowiła przewaletować tu dłużej.

szamot: Powiem ci w sekrecie - skubane hibernują. Polata, polata, pohibernuje, znowu polata.

- To zależy - odpowiadano mi zagadkowo. - To zależy, czy się nie weźmie w garść i nie zahibernuje na zimę. Przyczai się w kąciku, zaśnie na kilka miesięcy, a wiosną będzie jak nowa.
Bzdury, myślałam, bzdury. Mucha zimy nie przetrwa. Nie ze mną, nie w tym mieszkaniu.
A jednak Mucha postanowiła zostać. Na nic dym papierosowy, na nic ciągłe wietrzenie. Znajomi już przy trzecim łyku herbaty dopominali się głośno o koce. Wiadomo, zima, śnieg wpada przez okno. A Mucha? A jej to było ganz egal.
Cholera jasna, skoro już tu mieszka, to niech nie lata tak incognito, myślałam.
- Już wiem. Niech się wabi Agata - obwieściłam Sąsiadce.
- Przecież ja mam na imię Agata - obruszyła się słusznie znad kawy Sąsiadka .
- No dobra. To niech będzie Karolek.

szamot: A moja córka zaprzyjaźniła się z rybikiem i nazwała go Ewa.

Karolek latał za mną jak pies. Ja do kuchni - on do kuchni. Ja do pokoju - i on do pokoju. Zero świętości. Nawet w łazience.
- Nie denerwuj mnie - warczałam z wanny, kiedy przyglądał mi się ze zlewu. A Mucha, jak to mucha, miała te pogróżki głęboko w trąbce.

- Przyjedź. Kupiłam ci środek przeciw rybikom. Rozpakujesz, postawisz na szafie i wszystkie żyjątka szlag trafi aż miło - kusiła przez telefon Mama.
- Muchy też? - zapytałam czujnie, zerkając na przyczajonego na lampce nocnej Karolka.
- No ba! Muchy w pierwszym rzędzie! - zapewniła żarliwie.
- To odpada.

szamot: Pokazywałem ci to zaświadczenie? Od kolegi Grzegorza? Otóż podpisał mi, że bym go w życiu nie skrzywdził. Mucha Grzegorz. Też sobie załatw. Jakby co - będziesz kryta.
ja: Ty chyba znasz ten tekst. Telepatia czy co?
szamot: Alf mnie nauczył.


Bywało, że Mucha znikała na pół dnia. Padła? Zdechła? Wyciągnęła w końcu te swoje lepkie musze łapki? - zastanawiałam się chwilami. I za każdym razem, zanim jeszcze zdołałam dokończyć myśl, Karolek znienacka meldował głośnym bzyczeniem, że jest, że żyje. Żebym sobie przypadkiem nie pomyślała, że mogłoby być inaczej.
Więc przestałam o nim myśleć w ogóle.

W ubiegły piątek znalazłam martwą Muchę pod fotelem. Dmuchnęłam na nią raz i drugi, by się upewnić, czy nie śpi. Cholera, zapomniałam o niej na śmierć.

ja: Czy mucha może zachorować na raka płuc?
szamot: Mucha ma tchawki.
ja: To na raka tchawki, jeden pies.


skomentuj (3)

2005-11-13 21:05:48
(obietnica)

Już za chwileczkę, już za momencik.

skomentuj (4)

2005-08-10 13:20:20
Człowiek, któremu wciąż było zimno
(z dedykacją niegdysiejszą)


Kto sądzi, że urodził się zimą, jest w błędzie. Człowiek, któremu wciąż było zimno, przyszedł na świat w samym środku upalnego lipca. Kobiety mdlały w kolejkach po mięso, dzieci piły oranżadę z plastikowych woreczków nadziewanych na słomki, przecznicę obok ktoś właśnie zadławił się osą w piwie.
- Zimno mi – powiedziała nagle ciężarna matka Człowieka, czując lodowaty skurcz w podbrzuszu.
- To już? – zdziwiła się babka.
- Zimno mi, zimno mi – powtórzyła słabym głosem ciężarna, trzymając się za napęczniały brzuch.

Kilka godzin później szpakowaty lekarz wprawnym ruchem odcinał pępowinę.
- Tym razem chłopiec – skwitował krótko. Myślami już był przy kotlecie schabowym, który przyobiecała mu żona. Gdyby nie pacjenci z okolicznych wsi, człowiek nie miałby co do garnka włożyć.
- Panie doktorze, to dziecko nie płacze – zaniepokoiła się młoda pielęgniarka.
- Co to znaczy – nie płacze? – zapytał zniecierpliwionym głosem lekarz, wieszając wymięty fartuch na stojaku przy zlewie. Tak, schabowy i surówka ze świeżej kapusty. Po ciężkim dniu i jemu się przecież coś od życia należy.
- Zwyczajnie. Nie płacze. Trzęsie się tylko, jakby go ktoś wystawił na mróz. I usta ma takie sine... – histeryzowała pielęgniarka.
- Niech go siostra owinie w dwa kocyki, to mu przejdzie – uciął rzeczowo lekarz, zamykając za sobą drzwi.

Nie przeszło. Chłopiec rósł, zostawiając w spadku coraz większe ubranka młodszemu rodzeństwu. Rósł i marzł. Rósł i szczękał zębami.
- Cicho! – irytował się dziadek, którego owo szczękanie skutecznie wybijało ze snu.
- Cicho, cicho – uspokajała babka, przykrywając chłopca dodatkową pierzyną. I nie wiadomo, czy zwracała się do męża, czy raczej do zsiniałego z zimna wnuka.

Najbardziej lubił zimę. Nie tylko z oczywistych względów takich jak śnieg czy święta, czy może okrągłe dziurki w szybie, wypalane rozgrzaną w rękach pięciozłotówką. Owszem, lubił zimę i za to. Ale szczególnie – szczególnie właśnie – czekał na nią co roku ze względu na chłód. Bo zimą wszystkim jest zimno. Bo zimą już nikt zarzucić mu nie mógł, ze trzęsie się bez powodu.

(lipiec 2004)


skomentuj (2)

i inni:
Herr Waldemar wrrr
Pentaki hermetyczny
2lazy2die gramofon
Kumple albo ktoś od nich
Po prostu tędy
Chlip bo widzisz
Cal sieciówka
Minimal sofista
Post dziecko późnego peerelu
Leonardo ą ę
Agniusza zgorzknienie rozsiane
Klaudio śpiący rycerz
Pjotruska Ewa B. i inne
Muchomor pozycja embrionalna
Snołden kapelan podróżnych
Fiolka prowincja to stan umysłu